By

Poszukując kobiety swojego życia, współczesny mężczyzna kieruje się rozmaitymi kategoriami. Niepoślednie miejsce na tejże liście zajmują uroda, wdzięk czy sytuacja materialna przyszłej małżonki. Niedobrze jest stawiać rzeczy doczesne ponad prawdziwym uczuciem, ale na rzeczywistość rady nie ma. Wielokrotnie też własne trzy grosze wtrąca przypadek bądź fatum, kojarząc pary wedle własnego uznania.

Archetypiczne żony odznaczały się cnotami, które w dzisiejszym świecie odnaleźć niełatwo. Penelopa czekała na męża-tułacza Odyseusza przez 20 lat, swoich licznych zalotników pozbywając się podstępem. Sam Odys nie miał tyle cierpliwości – po powrocie do domu bez głębszej filozofii wymordował wszystkich adoratorów. Miłość Dejaniry do Heraklesa była tak wielka, że po śmierci ukochanego – wywołanej knowaniami centaura Nessosa, który powodowany zemstą nakłonił kobietę do spreparowania nieszczęsnej koszuli – popełniła ona samobójstwo. Aldona, żona Mickiewiczowskiego Konrada Wallenroda, zamyka się w wieży, decydując się na pustelniczy żywot w obliczu decyzji męża, który poświęca ich wielką miłość dla dobra ojczyzny.

Dzisiaj stawianie podobnych wymagań byłoby niedorzecznością, graniczącą bodaj z szaleństwem, co działa oczywiście w obie strony. Już tłumaczę, jak to się ma do operowania słowem, copywritera czy copywritingu. Otóż Aleksandrowi Portnoyowi, bohaterowi słynnej powieści Philipa Rotha „Kompleks Portnoya”, nie zawsze zależało na apanażach płynących z zawartego związku. Przez pewien czas dla Alexa bardziej aniżeli uroda istotna była seksualność partnerki. Kiedy próbujący wyzwolić się spod kulturowego piętna Portnoy, człowiek sfrustrowany i zakompleksiony, spotyka wreszcie na swojej drodze piękną i kochającą dziewczynę, daje jej jednak kosza. Sam tłumaczy dlaczego:

[quote style=”1″]Dlaczego nie ożeniłem się z tą dziewczyną? No cóż, po pierwsze przeszkadzał mi jej ciapuś-mapuś sztubacki żargon. Nie znosiłem go. „Pawiować” na wymiotować, „wnerwiony” na wściekły, „zgrywa” na żart, „świśnięty” na zwariowany, „zdziebko” na mało. Ach, no i „boski”. (To samo co „gites” w ustach Mary Jane Reed – wiecznie uczę te dziewczyny, jak mają poprawnie mówić, ja ze swoim słownictwem z New Jersey obejmującym pięćset słów). *[/quote]

Mamy więc sytuację niepospolitą: oto o niepowodzeniu w związku decydują zdolności lingwistyczne jednego z partnerów (a w zasadzie ich brak). Nie oznacza to wcale, że Alex Portnoy – ze swoim dalekim od ideału nowojorskim słownictwem – byłby dobrym copywriterem, choć jego wspomnienia brzmią niezwykle barwnie. Oznacza to jednak, że warto dbać o kulturę języka, umieć ładnie mówić, posiadać spory wachlarz słownictwa, a jeśli już zajeżdżać slangiem – to z umiarkowaniem i premedytacją. Nigdy nic nie wiadomo.

 Rafał Niemczyk
www.textingstudio.pl

 * Cytat z: Philip Roth, Kompleks Portnoya, przeł. Anna Kołyszko, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990.

Zobacz kolejne posty

Gawiedź kocha krew na cudzych ciałach już od czasów starożytnych, a dzisiaj kocha ją mocniej niż...

W jednej z kluczowych scen „Wilka z Wall Street” Martina Scorsese Jordan Belfort (w tej roli...

Na wstępie, żeby była jasność: jestem absolutnym zwolennikiem wolności słowa, wolności absolutnej i...